Sosna goniąca wodospady

Wyobraź sobie, że nie musisz wstać o 7 do pracy czy szkoły. Zmieniasz całkowicie otoczenie, zostawiasz za sobą niedokończone prasowanie, gotowanie i inne przyziemne obowiązki. Do tego dochodzą jeszcze problemy życiowe, błędnie podjęte decyzje i ludzie od których chcesz uciec. Wszystko to zostawiasz za sobą i wyjeżdżasz…

…i zostajesz sam. Ze swoją głową. Gdzieś daleko, pośrodku niczego. Możesz do woli uciekać wgłąb swojej głowy, szukać sensu życia, odpoczywać przy dźwiękach muzyki ze słuchawek. I już nie otaczają Cię betonowe miasta i toksyczni ludzie. I ten hałas. Szum którego nawet jak nie słychać to cały czas Ci towarzyszy i przyprawia o ból głowy. Wyobraź sobie że tego nie ma. Jedyne co widzisz to wierzchołki drzew i błękit nieba. Jedyne co słyszysz to śpiew ptaków i szelest w pobliskich zaroślach. Kompletne wyciszenie i spokój… Piękno samo w sobie.

Czy jest jakiś minus takiego stanu rzeczy? Jeden i to dość przeważający – tęsknota. Nawet jak nie ma mnie kilka dni, tęknię. Za domem, za swoim łóżeczkiem, za obskurną łazienką w Warszawskiej kawalerce. Przede wszystkim za ukochanymi osobami, którym chciałabym to wszystko pokazać, przekazać swój spokój i zabrać ich ze sobą.

Życie podróżnika, nawet takiego doraźnego jak ja, to życie w tęsknocie. Jak jestem w podróży tęsknię za tym co zostawiłam w domu. Kiedy wracam, tesknię za tym co zostawiłam za sobą. To koło nie ma początku, ani końca. Myśli zawsze w mniejszym bądź większym stopniu krążą wokół tego, czego z nami nie ma.

Po tygodniu z dala od Polski całkowicie przełączyłam się na tryb urlopowy. Zapomniałam już o pracy, o obowiązkach, nawet nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia. Nawet jutro nie było dla mnie już ważne. Liczył się dzień dzisiejszy, a ten zapowiadał się wspaniale. Luźny plan na poznawanie Wollongong był strzałem w dziesiątkę w ten zbyt gorący dzień.

Krótki spacer wybrzeżem wzdłuż przystani z widokiem na Continental Pool skończył się milionem zdjęć. W Australii baseny z naturalną wodą z Oceanu są bardzo popularne i eko. Fale uderzające o brzeg takiego skalnego basenu, wpływają do środka skutecznie filtrując wodę. Takie rozwiązania stosuje się tu od dawien dawna.

Woda tuż przy samym porcie, choć prawie przezroczysta nie zachęca do kąpieli. Między łódkami można zaobserwować niewinne wyglądające niebieskie „rybki” z długim ogonem, zwane żeglarzami portugalskimi (miejscowi mówią po prostu bluefish). Ich długie ogony posiadają parzydełka, które chętnie owiną wokół swojej ofiary, żeby wykonać wyrok. Stwory nie mają możliwości samodzielnego przemiszczania się, unoszą się bezwładnie na wodzie, dlatego ich obecność najczęściej zauważana jest podczas przypływów. Nie należy wtedy wchodzić do wody, a w miejscach oznaczonych kąpieliskiem ratownicy stawiają znaki ostrzegawcze. Podczas odpływu bardzo często całe plaże w zatoczkach pokryte są drobnymi pęcherzykowcami.

Uwielbiam latarnie morskie. W Wollongong są aż dwie więc dla mnie była to główna atrakcja na wybrzeżu. Stara niedziałająca już latarnia Breakwater Lighthouse z 1871 roku położona jest w samym środku Wollongong Harbour, otoczona falochronami nie daje poznać po sobie upływu czasu. Budynek został odrestaurowany w 2002 roku i należy do miejscowego dziedzictwa kulturowego. Aktualnie zastąpiona jest przez Flagstaff Point Lighthouse, młodszą wersję wznoszącą się na wzgórzu w towarzystwie wojskowych armat Fortu Flagstaff Hill. Wollongong to jedyna miejscowość na wschodnim wybrzeżu, posiadająca 2 latarnie usytuowane w tak bliskiej odległości od siebie.

Continental Pool, Wollongong
Wollongong Harbour
2 Sosny i skrzat, Wollongong
2 Sosny, Wollongong
Breakwater Lighthouse, Wollongong
Flaggstaff Hill Fort, Wollongong
Flagstaff Point Lighthouse, Wollongong
Mlecze, Wollongong
Gentlemen`s Pools, Wollongong

Dzień minął nam na czystym relaksie i odpoczyknu. Chwila plażowania przerwana końcem pracy ratowników. Niebezpieczne jest wchodzenie do Oceanu bez żadnego nadzoru, woda choć nie tak lodowata jak w Bałtyku, mimo swojej dużej wyporności wciąga w swoją głębię. Trzeba uważać, bo jeśli wypłyniesz poza pachołki ustawione na plaży i zaczniesz tonąć, nikt raczej Cię nie uratuje. Wszyscy mieszkańcy trzymają się tu ściśle zasad – nie ma picie na plaży miejskiej, nikt nie wychodzi poza kąpielisko, a o 17 gdy ratownicy pakują swoje manatki, wszyscy wychodzą grzecznie z wody. Australijczycy to bardzo porządny naród.

Do dziś wspominam jak bardzo zaskoczony był kuzyn, jak wylądował na schodkach nad warszawskim odcinkiem Wisły. Wszyscy stali z piwem, wódeczką, blancikiem, a nadzoru policji brak. Tłumacz potem takiemu, że nad Wisłą można otworzyć butelkę niebiańsko chmielowego napoju, ale pod Pałacem Kultury to już nie za bardzo… skomplikowana ta Polska.

Wracając do plażowania, wybiła 17 czas było zawinąć manatki, skoczyć na zakupy i zjeść burgera z grilla. Ciekawostką okazała się pasta Vegemite. Musiałam spróbować uważanej za miejscowy przysmak pasty z drożdży. Jak to powiedział Roger „albo się ją kocha albo nie lubi”. Moje mało wyszukane podniebienie nie uznało zjedzenia tej smolistej, słonej substancji za nic przyjemnego. Kanapka z masłem i Vegemite zdecydowanie nie pogłaskała mojego umami, ale polecam spróbować, przecież każdy ma inny gust.

Pozostałości po dawnej kopalni, Wollongong
Ciotkowanie, Wollongong
Ulice Wollongong
Vegemite – pasta z drożdży

Czasem w życiu tak jest, że coś sobie zaplanujemy, upewnimy się że na 100% zadziała, a na koniec okazuje się, że ktoś wprowadził nas w błąd i nie da się cofnąć czasu…

Dzisiejszy dzień właśnie taki był. Roger już wielokrotnie powtarzał, że będziemy zachwyceni widokami i dziką przyrodą rezerwatu Minnamura Rainforest. Mieliśmy udać się wgłąb lasu deszczowego, żeby zatoczyć kółko po dżungli i pooglądać wodospady. Dlaczego mieliśmy? Na miejscu okazało się, że najpiękniejsza część trasy jest zamknięta ze względu na prace budowlane i oczyszczające. Pewnie pomyślisz „Trzeba się było wcześniej dowiedzieć”. W tym właśnie problem, dwa tygodnie wcześniej ta sama pani z okienka potwierdziła, że na 100% wszystko będzie otwarte. Bywa.

Przeszliśmy tyle trasy ile mogliśmy, po drodze podziwiając ogromne trzewa eukaliptusowe o konarach grubych jak Dąb Bartek , pnących się ponad wierzchołki normalnej wielkości drzew. To tak zawsze wyobrażałam sobie pnącze z „Jasia i magicznej fasoli”. Poza ogromnymi drzewami przechodziliśmy przez liczne mostki zawieszone nad strumykami. Najbardziej spodobała mi się droga do toalety, nigdy wcześniej takiej ładnej nie widziałam 🙂

Najładniejsza ścieżka do toalety jaką widziałam, Minnamurra Rainforest
Mostek, Minnamurra Rainforest
Strumyk, Minnamurra Rainforest
Dziekie pnącza lasu deszczowego, Minnamurra Rainforest
Formacje skalne w strumyku, Minnamurra Rainforest
Team Rissoles (Drużyna Koltecików), Minnamurra Rainforest
Drzewo aukaliptusowe, Minnamurra Rainforrest
Paprotka, Minnamurra Rainforest

Kiedy coś Ci się w życiu nie udaje, poszukaj planu B. Ogromne szczęście że to właśnie Roger oprowadzał nas po New South Wales. Park Narodowy Budderoo miał do zaoferowania jeszcze jeden wodospad – Carrington Falls.

Spędzilismy tu najwiecej czasu tego dnia. Piękne ściezki, tarasy widokowe i niesamowite widoki to nie wszystko. Szum wody zaprowadził nas na sam szczyt wodospadu, gdzie nieliczni backpackersi zażywali kąpieli. Woda nie była tu głęboka, jednak przejście po śliskich skałkach zapewniało lekką dawkę adrenaliny. Obłędne widoki czystej jak łza wody spływającej po brązowych skałach nie dawały mi spac przez kolejne kilka nocy.

Poszliśmy trochę dalej, tam gdzie kierowali się pozostali turyści. Po kilometrze dotarliśmy do naturalnego basenu z mini wodospadem o nazwie Nellie`s Glen. Nikt akurat się nie kąpał, a spowodowane to było obecnością węża w skałach. Tylko dwie odważne panie udały się na instagramowe łowy, żeby zrobić z nim selfie. Dla mnie i prawdopodobnie dla biednego zwierzaka była to gra nie warta świeczki. Zostawmy węże w spokoju. Pająki też. O jaszczurkach bym zapomniała – jaszczurki też.

Ścieżka do Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Carrington Falls, Budderoo National Park
Nellie`s Glen, Budderoo National Park

Kolejnym wodospadem na naszej drodze był Belmore Falls. Choć widok bardzo przypominał poprzedni u podnóża wąwozu znajdowało się jezioro całkowicie odcięte od świata. Jednak ludzie najdują swoje ścieżki i dało się wypatrzeć w dole parę zażywającą kąpiel. Nad jeziorkiem znajdowało sie naturalne skalne sklepienie, zamieszkałe przez nietoperze.

Pojechaliśmy drogą wiodącą przez szczyt wodospadu. Poziom wody nie był zbyt wysoki, dało się spokojnie przejechać przez rzekę zasilającą prysznic wodny. Jednak w dniach kiedy poziom wody jest wyższy, lepiej nie wybierać się samochodem bez napędu na 4×4. Również tutaj weszliśmy na szczyt wodospadu, żeby podziwiać dolinę i wąwóz.

Belmore Falls, Morton National Park
Belmore Falls widok z góry, Morton National Park
Belmore Falls widok z góry, Morton National Park
Belmore Falls, Morton National Park
Belmore Falls, Morton National Park

Przed nami ostatni z wodospadów podczas naszej krótkiej wyprawy. Nasłuchaliśmy się, że ten będzie najbardziej efektowny, wiesz o co chodzi, najwyższy, najwięcej wody, spektakularny itp. Okazało się, że na widok Polaczków uciekają nawet wodospady. Lekka tęcza którą zrobił ten mini natrysk była efektowniejsza niż on sam, a mówią że wielkość nie ma znaczenia… a tak na serio, było pięknie mimo pecha z suszą. Dolina Yarrunga Valley znajduje się na wysokości 640 metrów, nie może nie robić wrażenia. Zdjęcia niestety nie oddadzą uczucia którym dażę to miejsce.

Wracając Kangaroo Valley mielismy okazję zahaczyć o jeszcze jedną atrakcję. Hampden Bridge czyli jeden z nielicznych zabytkowych mostów w Australii, został dodany do dziedzictwa przemysłowego, ze względu na wyjątkowe osiągnięcie techniczne. Jest on symbolem historycznym Australii oraz ikoną społeczności osadniczej.

Na koniec dnia tradycyjnie burgerek. Jeśli tak można to nazwać. Był to mega burger, największy w moim życiu i chyba jedyny którego nie udało mi się dojeść.

Fitzroy Falls, Morton National Park
Yarruga Valley, Morton National Park
Fitzroy Falls, Morton National Park
Hampden Bridge, Kangaroo Valley
Sosna w obliczu wyzwania, Chico`s

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s